Gram.
Za to zdarza mi się kłamać i oszukiwać samego siebie. Jestem zdania, że wszelkie ułomności w równym stopniu, jak przymioty, stanowią o naszej tożsamości. Jednak zawsze najważniejsze pozostanie dla mnie doświadczenie. Jednak czym by było bez popełnianych błędów? Jedynie marnym procesem stymulującym nasz ośrodek przyjemności? Nie podoba mi się ta myśl. Szczęście ma mdły smak, jeśli nie jest przyprawione odrobiną goryczy. Zawaliłem kilka spraw. To nie spowiedź, lecz raczej coś w rodzaju mojej autoterapii. Chciałbym się przedstawić, dać poznać, niewykluczone, że również samemu sobie. Nie podoba mi się czas i miejsce, ale możliwe, że lepszego nie będzie.
Muszę przyznać, że nie myślę o ludziach, których spotykam na swojej drodze - przynajmniej nie w pierwszej kolejności - toteż nie mam pojęcia czym jest przyjaźń i wrogość. Relacje zwykłem budować w sposób niezręczny, tym samym nie potrafię określić więzi, które mnie łączą z innymi. Tak często wypowiadam się na tematy, na które nie mam pojęcia. Twierdzę, że kocham, gdy obce jest mi zaufanie i szacunek. Niewykluczone, że nigdy nie przyznałem nikomu racji (nie w przypadku faktów), natomiast bardzo często staram się narzucić własny tok myślenia.
Ale dość tego pierdolenia. Bardzo bym chciał przejść do spraw bieżących, znajdzie się jeszcze dość czasu na szukanie mojej prawdziwej osobowości.
Hiszpania?
Koniec końców - jestem zadowolony z wyjazdu. Może nie opaliłem się nawet w połowie tak, jakbym chciał, ale całkiem fajnie spędziłem czas. Wbrew pozorom, nie przepieprzyłem wszystkich pieniędzy na alkohol i fajki. Choć mało brakowało. Nie obyło się bez spin, ale dobrze, że mamy już to za sobą. Słońce grzało bardzo mocno, ale wbrew pozorom zbawieniem nie okazało się morze, tylko hotelowy basen i drinki w Mali <3 Niestety Lloret jest przejebane polaczkami, więc mimo wszystko trudno było uciec od tej, wszystkim dobrze znanej, swojskiej atmosfery. Pamiętniki z wakacji zrobiły niezłą reklamę. Zaczepki na ulicach. Targi z Turkami. Średnio rozgarnięci obozowicze na tripie po absyncie, koło plaży. Beka z "Magicznego". Tropics zwykle spoko, choć bywały lepsze i gorsze dni na imprezowanie w tym miejscu. Przypały, przypały, choć przeważnie w innym wykonaniu. Martin Solveig na plus, pomimo, że na parkiecie można było się zadeptać na śmierć. Napierdalanie w oszusta i przy tym Heads Will Roll do zarzygania - jasna sprawa. "Mycie dupy krokodyla". Barcelona - Sagrada, Rambla, Park Guell, panorama z Montjuic i pokaz świecących fontann zapamiętam na długo. Wspomnienie murzynów sprzedających palenie w obskurnych uliczkach o godzinie 4 przyprawia mnie o uśmiech. Jak pić to tylko Tequilę i Igora. Papierosów w chuj, w każdym kolorze tęczy, Tabacs prawie na każdym rogu - mango, arbuz, pinacolada, mojito - co kto lubi. Dla wybrednych również cygaretki waniliowe, kawowe, karmelowe, było w czym przebierać. Co jeszcze mogę zrelacjonować? 30 h w podróży to zdecydowanie za dużo, nawet jeśli towarzystwo nie jest takie znowu najgorsze. Niemczurskie wiatraki na zawsze w moim sercu. A Francja? We Francji to nawet obrotowych desek nie mają. I niemal bym zapomniał - Goya mistrzem... właściwie to czego? Brawo dla Kuby za znakomity zmysł orientacyjny, niezbędny do wycięcia konkurencji przy wynajdywaniu laczków zasypanych na plaży.
Don't ask.
Don't ask.
PROPSUJĘ BRAT
OdpowiedzUsuń